niedziela, 22 lipca 2012
Inwazja mrówek
Zgodnie z obietnicą post ten będzie poświęcony mrówkom. Jak kiedyś wspomniałam, potrzeba jest matką wynalazków, dlatego też ostatnio ciekawaAnia przeobraża się w blog o walce z przeciwnościami losu :) Nie muszę długo rozmyślać nad tematami postów, ponieważ problemy same pukają do drzwi. Z mrówkami było podobnie... Pewnego, upalnego dnia jak co dzień poszłam na balkon i ku mojemu zdziwieniu zauważyłam masę czarnych mrówek, pędzących po całym balkonie. Wspinały się po ściankach balkonu, po kablu, do szafki, w której trzymałam warzywa... Otworzyłam szafkę i zobaczyłam jedną, wielką, czarną ruchomą plamę. Chodziły po warzywach, wychodziły poza szafkę, chodziły po podłodze, po barierkach. Tysiące pędzących mrówek. Nie wiedziałam co robić więc czym prędzej zapytałam wujka google o pomoc. Jedno było pewne, że trzeba się ich pozbyć w ekologiczny sposób, ponieważ na balkonie przechowuję warzywa oraz roślinki więc nie chciałam niczego truć żadną chemią. Obmyśliłam 3 strategie :) Tak na wszelki wypadek, gdyby 2 nie zadziałały, liczyłam na ostatnią. Wyczytałam, że mrówki panicznie boją się cynamonu. Poszłam więc po cynamon i zaczęłam obsypywać cynamonem warzywa. Mrówki uciekały jak poparzone. Wszystkie warzywa przeniosłam do kuchni i dokładnie umyłam. W dalszej kolejności przygotowałam na nie zasadzkę, aby skupić je w jedno miejsce. Wiem, że mrówki idą do słodkiego. Mając tą informację, na złożony listek ręcznika jednorazowego wylałam troszkę miodu. Przygotowałam 3 takie pułapki, a następnie postawiłam je w różnych miejscach w szafce na balkonie. Drzwiczki do szafki zamknęłam i dałam im godzinę, aby jak największa ilość wpadła w zasadzkę. W tym czasie postanowiłam rozprawić się z mrówkami, które goniły po podłodze i barierkach. Rozsypałam więc na ich drodze cynamon, po czym zaczęły się wycofywać. Po godzinie otworzyłam szafkę. Przyznam się szczerze, że bałam się widoku jaki zastanę po otwarciu drzwiczek. Mrówki wpadły w moje pułapki, wystarczyło je teraz wywalić do worka i pozbyć się ich już poza domem. Tak więc pozbyłam się większości mrówek, ale ciągle przybywały jeszcze nowe osobniki, już nie w takiej ogromnej ilości, ale jednak to nie był koniec walki. Kolejną rzeczą jaką zrobiłam, było przygotowanie roztworu pół na pół woda z octem i opryskiwanie miejsc odwiedzanych przez mrówki. Niestety, nie zrobiło to na nich większego wrażenia, więc postanowiłam spryskiwać je samym octem. Podziałało! Padały jedna po drugiej. Opryskałam całą szafkę, ściany balkonu oraz podłogę. Do szafki włożyłam nasączone octem listki ręczników jednorazowych, aby nowym osobnikom odechciało się wchodzić na mój balkon. Gdy ocet wysechł, posypałam pewne miejsca cynamonem, aby odciąć ewentualnym mrówkom drogę do mieszkania. Następnego dnia na balkonie były już tylko szczątkowe ilości mrówek, które skutecznie wypędziłam nowymi porcjami octu i cynamonu. Trzeciego dnia po mrówkach nie było już śladu. Balkon wyglądał jak pobojowisko, cały śmierdzący octem i brudny od cynamonu :) Niestety nie mam zdjęć z całej akcji, bo trzeba było działać tak szybko, że nie było czasu na dokumentację zdarzeń :) Naprawdę, widok był przerażający, ale udało się!!! Impossible is nothing :)
sobota, 14 lipca 2012
Po długiej przerwie
Witam wszystkich po długiej przerwie na blogu! Moja nieobecność jest jak najbardziej usprawiedliwiona :) Sporo czynników sprawiło, że ostatnio nie miałam minuty spokoju. Najpierw walka z mszycami. Jak już wcześniej wspominałam, była ich cała masa. Po systematycznym skraplaniu liści i łodyg przygotowanym roztworem z szarego mydła i wody, mszyce, a raczej pozostałości po mszycach, zaczęły masowo wypływać z zakamarków liści. Liście były czarne! Nie był to najprzyjemniejszy widok dla osoby, która tak bardzo brzydzi się tymi wszystkimi robalami, no ale cóż... Wiedziałam, że te czarne liście trzeba spisać już na stratę, ale za wszelką cenę chciałam ocalić dziwaczki :) Pozbyłam się czarnych, zniszczonych liści. W międzyczasie przyszły jeszcze upały, które również nie były łaskawe dla osłabionych dziwaczków. Troszkę liści pousychało. Systematycznie staram się usuwać zniszczone liście, aby nie obciążać roślinek. Nagrodą za moje poświęcenie są pączki kwiatów, które zauważyłam parę dni temu u każdego z dziwaczków. Nie mogę się doczekać, kiedy kwiaty zakwitną, bo są one na tyle wyjątkowe, że świecą w nocy :) Na wszelki wypadek, aby odstraszyć mszyce, które zawsze mogą zaatakować, posadzę w każdej doniczce ząbek czosnku. Odchudzoną wersję dziwaczków bo bitwie z mszycami, możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Dziwaczki wojnę wygrały, ale nie obyło się bez ran ;)
W tym samym czasie zauważyłam coś dziwnego na moim fikusie retusa, drzewku bonsai, na którym pojawiły się gdzieniegdzie białe stworki... Nie miałam pojęcia co to może być, wiedziałam jedynie, że to kolejny, nieproszony gość. Niestety nie ma nic gorszego, jeżeli nie znamy swojego wroga. Zajęło mi troszkę czasu, aby dowiedzieć się, z czym mam do czynienia, i jak się tego pozbyć. W końcu, pewnego dnia, wpisałam magiczne słowa w googlach, popatrzyłam w grafikach i znalazłam! Pojawiła mi się angielska nazwa potworka, która kompletnie nic mi nie mówiła. Postanowiłam odnaleźć polską nazwę tego szkodnika - wełnowiec. Czytając jego opis, oraz oglądając zdjęcia z nim robiło mi się coraz bardziej niedobrze... Jest to na tyle cwany robal, że od strony łodygi i liści jest kleisty, ma sporo odnóży po bokach, a po zewnętrznej stronie pokryty jest biało-kremową pierzynką, przypominającą wełnę, która chroni je przed działaniem środków owadobójczych. Wspaniale... Paskudztwo to zagnieździło się prawdopodobnie w korzeniach bo mimo, że systematycznie pozbywam się tego, cały czas skądś to wychodzi! Jeżeli zauważę robala, biorę delikatnie zmoczoną watkę i przytykam ją do liścia tak, aby złapać na nią drania. Przeczytałam, że roztwór z szarym mydłem może również pomóc mi w walce z wełnowcami. Postanowiłam tym razem nie skraplać liści roztworem, ponieważ liczba robaków jest do opanowania sposobem z wilgotną watką, a podlewać ziemię na przemian raz wodą, raz roztworem z szarego mydła. Czy daje to jakieś rezultaty? Trudno powiedzieć, tragedii nie ma, bo wełnowców jest stosunkowo mało na liściach i są one systematyczne dobijane psychicznie i fizycznie przez moją osobę. Na zdjęciu nie zobaczycie tych stworów, ponieważ są malutkie, a nie chciałam robić zooma bo nie jest to przyjemny widok.
Gdyby ktoś pomyślał, że to koniec problemów, które mnie spotkały w ostatnim czasie, to grubo się myli. Równocześnie, nieoczekiwanie i NAGLE na moim balkonie pojawiły się tysiące czarnych mrówek pędzących przed siebie z zawrotną prędkością... Temat jest na tyle długi, że poruszę go w następnym poście. Sytuacja była nieciekawa, trzeba było działać szybko, dlatego też nie posiadam żadnych zdjęć z pola bitwy. Od razu zaznaczam, że musiałam wykombinować plan, w którym mogłam zastosować jedynie naturalne, ekologiczne środki za pomocą których udało mi się wyprosić nieproszonych gości :)
Bardzo odchudzone dziwaczki, pozostaje czekać, aż pączki zakwitną
W tym samym czasie zauważyłam coś dziwnego na moim fikusie retusa, drzewku bonsai, na którym pojawiły się gdzieniegdzie białe stworki... Nie miałam pojęcia co to może być, wiedziałam jedynie, że to kolejny, nieproszony gość. Niestety nie ma nic gorszego, jeżeli nie znamy swojego wroga. Zajęło mi troszkę czasu, aby dowiedzieć się, z czym mam do czynienia, i jak się tego pozbyć. W końcu, pewnego dnia, wpisałam magiczne słowa w googlach, popatrzyłam w grafikach i znalazłam! Pojawiła mi się angielska nazwa potworka, która kompletnie nic mi nie mówiła. Postanowiłam odnaleźć polską nazwę tego szkodnika - wełnowiec. Czytając jego opis, oraz oglądając zdjęcia z nim robiło mi się coraz bardziej niedobrze... Jest to na tyle cwany robal, że od strony łodygi i liści jest kleisty, ma sporo odnóży po bokach, a po zewnętrznej stronie pokryty jest biało-kremową pierzynką, przypominającą wełnę, która chroni je przed działaniem środków owadobójczych. Wspaniale... Paskudztwo to zagnieździło się prawdopodobnie w korzeniach bo mimo, że systematycznie pozbywam się tego, cały czas skądś to wychodzi! Jeżeli zauważę robala, biorę delikatnie zmoczoną watkę i przytykam ją do liścia tak, aby złapać na nią drania. Przeczytałam, że roztwór z szarym mydłem może również pomóc mi w walce z wełnowcami. Postanowiłam tym razem nie skraplać liści roztworem, ponieważ liczba robaków jest do opanowania sposobem z wilgotną watką, a podlewać ziemię na przemian raz wodą, raz roztworem z szarego mydła. Czy daje to jakieś rezultaty? Trudno powiedzieć, tragedii nie ma, bo wełnowców jest stosunkowo mało na liściach i są one systematyczne dobijane psychicznie i fizycznie przez moją osobę. Na zdjęciu nie zobaczycie tych stworów, ponieważ są malutkie, a nie chciałam robić zooma bo nie jest to przyjemny widok.
Biały osad na ziemi to pozostałości po szarym mydle
No dobra, widać jednego białego stworka, a jak ktoś przyjrzy się dokładniej to zauważy na spodniej stronie liścia i drugiego... zaraz idę po wątkę ;)
Gdyby ktoś pomyślał, że to koniec problemów, które mnie spotkały w ostatnim czasie, to grubo się myli. Równocześnie, nieoczekiwanie i NAGLE na moim balkonie pojawiły się tysiące czarnych mrówek pędzących przed siebie z zawrotną prędkością... Temat jest na tyle długi, że poruszę go w następnym poście. Sytuacja była nieciekawa, trzeba było działać szybko, dlatego też nie posiadam żadnych zdjęć z pola bitwy. Od razu zaznaczam, że musiałam wykombinować plan, w którym mogłam zastosować jedynie naturalne, ekologiczne środki za pomocą których udało mi się wyprosić nieproszonych gości :)
wtorek, 19 czerwca 2012
Mszyce - Plan B
Niestety, napar ziołowy nie pomógł. Co prawda zioła ożywiły roślinki, natomiast nie wykurzyły okropnych robali.
Nadszedł czas na wypróbowanie planu B. Długo się zastanawiałam, która opcję wypróbować. Czytałam książki, przeszukałam cały internet czytając polskie i angielskie artykuły. Wybrałam sposób, który najczęściej opisywano. W życiu nie wpadłabym na to, że jednym z najbardziej znanych sposobów na walkę z mszycami jest szare mydło :) Pisano, że trzeba przygotować roztwór wody z szarym mydłem, a następnie należy spryskać nim roślinki, nie oszczędzając wstrętnych robali.
Na początku przygotowałam odpowiednio mydło. Pamiętajcie, że możecie użyć jedynie zwykłego szarego mydła, wszystkie inne perfumowane z barwnikami mogłyby zaszkodzić roślinkom. Zwykłe szare mydło jest biodegradowalne i nie powinno pogorszyć stanu rzeczy. Mydło starłam na tarce, a następnie połączyłam z ciepłą wodą. Cały roztwór przelałam do spryskiwacza, wymieszałam i zostawiłam do ostygnięcia.
Po paru godzinach przystąpiłam do wdrożenia planu B w życie. Dokładnie spryskałam roślinki, nie zapominając również o pąkach, bo podejrzewałam, że w środku pąków również mszyce mogły się zagnieździć. Już po paru godzinach wiedziałam, że tą walkę wygram ja :) Nie ciesząc się zbyt szybko, spryskałam roślinki jeszcze przez kolejne dwa dni. Poniżej pokażę roślinki zaraz po spryskaniu, a w następnym poście opiszę finał walki z robalami!
Z daleka nie wygląda to źle, ale uwierzcie, z bliska widać mnóstwo małych poruszających się odwłoków! Brr...
Nadszedł czas na wypróbowanie planu B. Długo się zastanawiałam, która opcję wypróbować. Czytałam książki, przeszukałam cały internet czytając polskie i angielskie artykuły. Wybrałam sposób, który najczęściej opisywano. W życiu nie wpadłabym na to, że jednym z najbardziej znanych sposobów na walkę z mszycami jest szare mydło :) Pisano, że trzeba przygotować roztwór wody z szarym mydłem, a następnie należy spryskać nim roślinki, nie oszczędzając wstrętnych robali.
Na początku przygotowałam odpowiednio mydło. Pamiętajcie, że możecie użyć jedynie zwykłego szarego mydła, wszystkie inne perfumowane z barwnikami mogłyby zaszkodzić roślinkom. Zwykłe szare mydło jest biodegradowalne i nie powinno pogorszyć stanu rzeczy. Mydło starłam na tarce, a następnie połączyłam z ciepłą wodą. Cały roztwór przelałam do spryskiwacza, wymieszałam i zostawiłam do ostygnięcia.
Starte szare mydło i spryskiwacz z ciepłą wodą.
Po paru godzinach przystąpiłam do wdrożenia planu B w życie. Dokładnie spryskałam roślinki, nie zapominając również o pąkach, bo podejrzewałam, że w środku pąków również mszyce mogły się zagnieździć. Już po paru godzinach wiedziałam, że tą walkę wygram ja :) Nie ciesząc się zbyt szybko, spryskałam roślinki jeszcze przez kolejne dwa dni. Poniżej pokażę roślinki zaraz po spryskaniu, a w następnym poście opiszę finał walki z robalami!
Spryskane roślinki. Na liściach i łodygach widać roztwór z szarego mydła.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Potrzeba jest matką wynalazków...
No właśnie... Nie musiałam długo myśleć nad kolejnym eksperymentem. Powód znalazł się sam. Pewnego dnia (a dokładniej wczoraj) na balkonie na moich roślinkach zauważyłam czarne paskudztwo. Nie wiedziałam do końca, ale podejrzewałam jaki szkodnik zaatakował moje roślinki. Szybko sprawdziłam w internecie i moje obawy potwierdziły się. Paskudne mszyce zaatakowały dwa rodzaje roślinek - dziwaczki i próbują zaatakować surfinie. Pozostałymi roślinkami nie zainteresowały się. Jest to dla mnie okropna sytuacja, bo strasznie brzydzę się takimi robalami. Na samą myśl wszystko zaczyna mnie swędzieć. Trzeba było zacisnąć zęby i obmyślić jakiś plan działania. Wszystkie środki chemiczne odpadają, bo po pierwsze jestem alergiczką a po drugie po co się truć. W książkach i internecie znalazłam parę ekologicznych sposobów. Na początek wybrałam sposób najmniej śmierdzący :) Mowa o naparze z pokrzywy i piołunu. Więc do dzieła.
Do przygotowania naparu użyłam torebki z pokrzywą oraz łyżeczkę sypkich ziół piołunu. Przygotowaną mieszankę zalałam wrzątkiem. Poczekałam 2 godziny. Przecedziłam napar, a następnie wlałam go do spryskiwacza. Tak przygotowaną wystudzoną miksturą spryskałam obficie roślinki. Przez kilka następnych dni będę spryskiwać roślinki świeżym naparem i pozostaje mi obserwować czy liczba okropnych szkodników maleje.
Nie ma się co załamywać, jeżeli napar z pokrzywy i piołunu nie zadziała na mszyce to zastosuję plan B :) Tak czy siak, taka ziołowa mieszanka korzystnie wpłynie na roślinki, odżywiając je i wzmacniając.
Post ten rozpoczyna serię eksperymentów do których nie będę używać produktów komercyjnych. Będę sprawdzać czy domowe sposoby rzeczywiście dają radę. Zrób to sam - DIY!
Dziwaczki
Na żywo wygląda to o wiele gorzej...
Jak widać od spodu roślinki nie ma jeszcze tragedii
W przypadku surfinii widać początki ataku mszyc
Do przygotowania naparu użyłam torebki z pokrzywą oraz łyżeczkę sypkich ziół piołunu. Przygotowaną mieszankę zalałam wrzątkiem. Poczekałam 2 godziny. Przecedziłam napar, a następnie wlałam go do spryskiwacza. Tak przygotowaną wystudzoną miksturą spryskałam obficie roślinki. Przez kilka następnych dni będę spryskiwać roślinki świeżym naparem i pozostaje mi obserwować czy liczba okropnych szkodników maleje.
Nie ma się co załamywać, jeżeli napar z pokrzywy i piołunu nie zadziała na mszyce to zastosuję plan B :) Tak czy siak, taka ziołowa mieszanka korzystnie wpłynie na roślinki, odżywiając je i wzmacniając.
Post ten rozpoczyna serię eksperymentów do których nie będę używać produktów komercyjnych. Będę sprawdzać czy domowe sposoby rzeczywiście dają radę. Zrób to sam - DIY!
Spryskane roślinki - oby pomogło!
piątek, 8 czerwca 2012
Ciekawe, czy macie tak samo?
Właśnie zaczyna się mecz Polska - Grecja :) Jestem typowym przedstawicielem pół-kibica, bo uwielbiam to co się dzieje dookoła meczu, oraz przed meczem. Oglądam inaugurację, piłkarzy oraz słucham hymnów...i to byłoby na tyle :) Ewentualnie spojrzę jeszcze na tv, gdy będą jakieś gole, ale nie potrafiłabym ślepić w ekran bite 90min i podziwiać poruszającą się piłkę i goniących za nią piłkarzy :P Jakby nie było telewizor idzie w tle, więc jestem na bieżąco :)
sobota, 2 czerwca 2012
Zbawienie dla panów?
Witam po dość długiej przerwie, ale nie myślcie, że przez ten czas próżnowałam. To, co chcę wam dziś przedstawić, wymagało zebrania swego rodzaju dokumentacji. Więc do dzieła. Ostatnio w katalogu Oriflame pojawiła się pewna nowość, skierowana do panów. Mowa tu o kremie do twarzy zmniejszającym zarost North For Men. Mój mąż jako, że nie jest specjalnie zadowolony z czynności jaką jest golenie twarzy, entuzjastycznie podszedł do tematu i z optymizmem czytał opis w katalogu. Możemy się dowiedzieć, że jest to innowacyjny krem, który spowalnia odrastanie zarostu, należy stosować go dwa razy dziennie, po goleniu i ponownie przed pójściem spać. Po krótkim namyśle zdecydował się go zamówić i przetestować.
Postanowiliśmy przeprowadzić test. Zebraliśmy materiał, składający się ze zdjęć robionych przez 5 dni bez użycia kremu, oraz przez kolejne 5 dni po jego zastosowaniu. W roli modela wystąpił mój mąż :) Pierwszy dzień badania to dzień golenia twarzy. Zgodnie z instrukcją, mąż stosował krem dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Zrobiliśmy pewne odstępstwo, ponieważ w opisie pisano, aby stosować krem codziennie po goleniu i przed pójściem spać. Mąż nie golił się każdego dnia, aby móc ocenić czy ten krem w ogóle daje jakieś efekty. Poniżej zobaczycie wyniki badania, po których stwierdzam, że krem raczej nie zadziałał...A szkoda :) W instrukcji dołączonej do kremu, można przeczytać, że efekty będą widoczne po 4 tygodniach stosowania. Pytanie, czy krem nie skończy się wcześniej :) Pozostaje mi kontynuować badanie i powrócić z kolejną notką o kremie za 2 tygodnie. Mój mąż dalej ma nadzieję, że może jednak zadziała :)
Postanowiliśmy przeprowadzić test. Zebraliśmy materiał, składający się ze zdjęć robionych przez 5 dni bez użycia kremu, oraz przez kolejne 5 dni po jego zastosowaniu. W roli modela wystąpił mój mąż :) Pierwszy dzień badania to dzień golenia twarzy. Zgodnie z instrukcją, mąż stosował krem dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Zrobiliśmy pewne odstępstwo, ponieważ w opisie pisano, aby stosować krem codziennie po goleniu i przed pójściem spać. Mąż nie golił się każdego dnia, aby móc ocenić czy ten krem w ogóle daje jakieś efekty. Poniżej zobaczycie wyniki badania, po których stwierdzam, że krem raczej nie zadziałał...A szkoda :) W instrukcji dołączonej do kremu, można przeczytać, że efekty będą widoczne po 4 tygodniach stosowania. Pytanie, czy krem nie skończy się wcześniej :) Pozostaje mi kontynuować badanie i powrócić z kolejną notką o kremie za 2 tygodnie. Mój mąż dalej ma nadzieję, że może jednak zadziała :)
Dzień pierwszy - bez użycia kremu
Dzień drugi i trzeci - bez użycia kremu
Dzień czwarty i piąty - bez użycia kremu
Dzień pierwszy - po zastosowaniu kremu
Dzień drugi i trzeci - po zastosowaniu kremu
Dzień czwarty i piąty - po zastosowaniu kremu - bez różnicy
wtorek, 22 maja 2012
Czarodziejski płyn?
Do przeprowadzenia tego badania zainspirowała mnie moja codzienna niechęć do zmywania naczyń. Jest to niewątpliwie nudne i żmudne zajęcie, zwłaszcza gdy tłuszcz nie chce schodzić, lub gdy brud jest już na tyle zaschnięty, że najlepiej byłoby gdyby sam odpadł :) Dodatkowo, jak każdy detergent, płyn do zmywania naczyń różnie działa na skórę dłoni.
Od jakiegoś czasu, możemy oglądać reklamę, na której Irek Bieleninik prezentuje płyn do mycia naczyń Fairy. Możemy się dowiedzieć, że płyn Fairy jest bardzo wydajny oraz znakomicie radzi sobie z brudnymi naczyniami. Na reklamie są przeprowadzone testy, dzięki którym możemy "na własne oczy" zobaczyć płyn Fairy w akcji. Jednak Ciekawa Ania zna magię telewizji i dlatego też postanowiłam zmierzyć się oko w oko z problemem.
Do testu wybrałam płyn Fairy Kojący Rumianek z linii sensitive - serii delikatnej dla dłoni. Po przepysznym spaghetii bolognese pozostały dwa brudne talerze. Tak brudne talerze powinno się umyć zaraz po zjedzeniu, kiedy brud nie jest jeszcze zaschnięty. Dla dobra eksperymentu jeden z brudnych talerzy zostawiłam na parę godzin, natomiast drugi poczekał na swoją kolej 48h. Dwa dni, talerz z ekstremalnie zaschniętym sosem upiększał kuchnię, ale czego nie robi się dla nauki :)
Wróćmy do talerza nr 1. Po paru godzinach, na gąbkę do mycia naczyń nalałam kroplę płynu Fairy i muszę przyznać, że brud znikał bez przeszkód. Płyn ten ma to do siebie, że dość obficie się pieni dlatego też nie było żadnych problemów z szorowaniem ponieważ talerz już po krótkim czasie był czysty.
Po dwóch dniach przyszła kolej na talerz nr 2. Byłam nastawiona optymistycznie i nie zawiodłam się. Co prawda nie wystarczyła tym razem jedna kropelka płynu, ale już po zastosowaniu jego niewielkiej ilości, dwudniowy brud przestał stawiać opór. Był to test ekstremalny, bo (chyba) nikt nie trzyma brudnych naczyń aż dwóch dni, ale mimo to płyn Fairy zdał egzamin.
Dodatkowo muszę wspomnieć, że płyn ten, z linii senitive, jest rzeczywiście delikatny dla dłoni. Pomimo zmywania naczyń bez rekąwic, skóra nie jest sucha.
Wygląda na to, że tym razem reklama nie kłamie. Z czystym sumieniem mogę polecić stosowanie płynu Fairy do codziennych zmagań z brudnymi naczyniami.
Od jakiegoś czasu, możemy oglądać reklamę, na której Irek Bieleninik prezentuje płyn do mycia naczyń Fairy. Możemy się dowiedzieć, że płyn Fairy jest bardzo wydajny oraz znakomicie radzi sobie z brudnymi naczyniami. Na reklamie są przeprowadzone testy, dzięki którym możemy "na własne oczy" zobaczyć płyn Fairy w akcji. Jednak Ciekawa Ania zna magię telewizji i dlatego też postanowiłam zmierzyć się oko w oko z problemem.
Do testu wybrałam płyn Fairy Kojący Rumianek z linii sensitive - serii delikatnej dla dłoni. Po przepysznym spaghetii bolognese pozostały dwa brudne talerze. Tak brudne talerze powinno się umyć zaraz po zjedzeniu, kiedy brud nie jest jeszcze zaschnięty. Dla dobra eksperymentu jeden z brudnych talerzy zostawiłam na parę godzin, natomiast drugi poczekał na swoją kolej 48h. Dwa dni, talerz z ekstremalnie zaschniętym sosem upiększał kuchnię, ale czego nie robi się dla nauki :)
Wróćmy do talerza nr 1. Po paru godzinach, na gąbkę do mycia naczyń nalałam kroplę płynu Fairy i muszę przyznać, że brud znikał bez przeszkód. Płyn ten ma to do siebie, że dość obficie się pieni dlatego też nie było żadnych problemów z szorowaniem ponieważ talerz już po krótkim czasie był czysty.
Po dwóch dniach przyszła kolej na talerz nr 2. Byłam nastawiona optymistycznie i nie zawiodłam się. Co prawda nie wystarczyła tym razem jedna kropelka płynu, ale już po zastosowaniu jego niewielkiej ilości, dwudniowy brud przestał stawiać opór. Był to test ekstremalny, bo (chyba) nikt nie trzyma brudnych naczyń aż dwóch dni, ale mimo to płyn Fairy zdał egzamin.
Dodatkowo muszę wspomnieć, że płyn ten, z linii senitive, jest rzeczywiście delikatny dla dłoni. Pomimo zmywania naczyń bez rekąwic, skóra nie jest sucha.
Wygląda na to, że tym razem reklama nie kłamie. Z czystym sumieniem mogę polecić stosowanie płynu Fairy do codziennych zmagań z brudnymi naczyniami.
Talerz nr 1
Talerz nr 2
Zmagania z brudnym talerzem nr 1
Subskrybuj:
Posty (Atom)














































